Bóg świetnie sobie zaplanował, jak mnie tutaj przyprowadzić – świadectwo #5

 

Bo to tak zwykle się zaczyna, sam o tym nie wiesz, jak i gdzie? O całym świecie zapominasz i kochasz, kogo serce chce. Nie mogę inaczej rozpocząć tej krótkiej historii o tym, jak Pan Bóg zaprosił mnie do seminarium. I to dosłownie zaprosił.

Zwyczajny, prosty chłopak z gospodarstwa, jako dziecko dość leniwy i od urodzenia gaduła – to ja, Adam. Trudno powiedzieć gdzie i kiedy powołanie się rozpoczęło, kto zasadził to ziarenko i kto konkretnie je podlewał. Pewne jest tylko jedno – Bóg świetnie sobie zaplanował, jak mnie tutaj przyprowadzić i konsekwentnie ten swój plan wcielał w życie, a nie było to łatwe, bo miałem inny pomysł na swoją przyszłość.

Nie oznacza to, że nie chciałem mieć z Bogiem nic wspólnego. Tak nie było, gdyż moi kochani rodzice od dziecka pokazywali mi, jak ważna jest wiara, więc moja młodość była związana z Kościołem, z ministranturą, duszpasterstwem młodzieży i innymi przyparafialnymi kręgami. Mimo to brałem też udział w wielu innych aktywnościach. Byłem harcerzem, grałem w tenisa stołowego, występowałem w kółku teatralnym, a poza tym dużo czytałem i miałem dobre oceny, więc moim marzeniem było studiowanie prawa – ten cel przyświecał mi od szkoły podstawowej aż do średniej. Idąc do liceum, wybrałem profil humanistyczny, dlatego że na wymarzone prawo musiałem zdać rozszerzoną maturę z historii, a jak to zwykle w takich klasach bywa, dziewczyn jest znacznie więcej niż facetów (u nas było tylko czterech chłopaków i niemal dwadzieścia młodych, pięknych kobiet). Jak więc łatwo się domyślić, w ogóle nie myślałem wtedy o pójściu do seminarium, a już szczególnie gdy nadszedł czas osiemnastek a zatem wspaniałych zabaw tanecznych (swoją drogą bardzo lubię tańczyć i słyszałem, że nieźle mi to wychodzi). Co więcej, zakochałem się w koleżance z klasy, z którą na te urodzinowe imprezy chodziłem, spotykałem się z nią po szkole, na spacerach czy wieczorach filmowych u niej w domu. I tak mijały lata liceum… Niespodziewanie na początku drugiej klasy pojawił się ktoś wyjątkowy. Z wyglądu raczej niepozorny, ale nie to było najważniejsze. Nie minęło dużo czasu, a pokochali go wszyscy: uczniowie, nauczyciele, wierzący i niewierzący, starsi i młodsi; człowiek, który miał w sobie tyle entuzjazmu, siły i radości, że mógłby nimi zarazić cały świat. To był nowy katecheta – ks. Krzysztof Szkopek. Jego osoba zafascynowała wielu, w tym także i mnie. Zacząłem się zastanawiać, skąd on to ma? Skąd ta wiara, radość? A on swoimi czynami i słowami odpowiadał, że od Boga. Wiele razy wyciągał na lekcjach religii obrazek Matki Bożej i z uśmiechem oświadczał “To moja Miłość, moja Kobieta”. Łamał wszystkie stereotypy o księżach i Kościele. Pomimo 6 lat kapłaństwa, gdzie wydawałoby się, że może już nas ogarnąć rutyna, w jego oczach było widać pasję, było widać Miłość. To mnie urzekło. Bóg postawił ks. Szkopka na mojej drodze, żebym sam odpowiedział sobie na pytanie, czy ja też mam taką pasję, czy potrafię tak zwyczajnie, tak prosto a zarazem tak pięknie kochać? Zrozumiałem wtedy, jak wiele jeszcze mi brakuje. To, co nazywałem miłością, było zwykłą ściemą, bo nie dawało mi radości i siły do życia. Moja wiara też pozostawiała wiele do życzenia. Zacząłem pytać Boga: “Panie, co mam zrobić, żeby być szczęśliwym? Czego Ty ode mnie chcesz?”. Postanowiłem zaglądać, tak na chybił trafił, do Pisma Świętego. Modliłem się do Ducha Świętego i otwierałem Biblię na dowolnej stronie. Co ciekawe, ilekroć ją otwierałem, a robiłem to wiele razy, zawsze trafiałem na fragment z NT mówiący o powołaniu, np. Pójdź za Mną i tym podobne. To mnie uderzyło, ponieważ nie mogłem uwierzyć, że w Biblii, która ma prawie dwa tysiące stron, ja zawsze otwieram na tych, gdzie Jezus kogoś powołuje. Domyślałem się, że to nie może być przypadek, ale mimo to nie byłem do końca przekonany – szukałem dalej.

Na początku napisałem, że opowiem, jak Bóg zaprosił mnie do seminarium i to dosłownie zaprosił. Było to w wakacje, gdy cały czas zastanawiałem się, kim mam być. Postanowiłem wtedy pojechać na rekolekcje powołaniowe do Seminarium Chrystusowców w Poznaniu, prosząc Boga, żeby podczas nich dał mi jasną odpowiedź na moje rozterki. Pamiętam, jakby to było wczoraj. W drodze na rekolekcje postanowiłem wstąpić do księgarni, żeby pooglądać książki. Kiedy z niej wyszedłem, zatrzymała mnie jakaś biedna kobieta, która poprosiła o pieniądze na mleko dla małego dziecka. Byłem podejrzliwy i nieufny, więc nie chciałem dawać jej pieniędzy i zaproponowałem, że pójdziemy do sklepu i kupię to, czego potrzebuje. Po wyjściu ze sklepu, gdy chciałem już odchodzić, kobieta powiedziała do mnie: “Dziękuję księdzu bardzo”. Odpowiedziałem jej, że nie jestem księdzem, a ona na to: “Ale będziesz.” Zamurowało mnie, a po chwili zrozumiałem, że to była odpowiedź Boga na moje pytania i rozterki. Zdecydowałem się wstąpić do seminarium.

Bóg tutaj coraz bardziej rozkochuje mnie w sobie. Ja, który byłem, chyba jak każdy młody człowiek, pełen złości na głupotę i niesprawiedliwość świata, pełen chorej ambicji i egoizmu, pełen pytań, na które trudno było mi znaleźć odpowiedź, dziś mogę powtórzyć za św. Janem Pawłem, moim patronem bierzmowania, ba!, moim mistrzem i wzorem: Miłość mi wszystko wyjaśniła, Miłość mi wszystko rozwiązała dlatego uwielbiam tę miłość gdziekolwiek by przebywała.

Adam

Źródło zdjęcia: https://unsplash.com/

Zostaw swój komentarz

© 2022 Blog PWSD w Gnieźnie "Powołani". Wszelkie prawa zastrzeżone.