Widzieć więcej

 

Powróćmy dziś jeszcze raz do wczorajszej Ewangelii, która wiele chce nam przekazać i przeczytajmy zamyślenie kleryka Jacka, który we właściwym sobie medytacyjno-refleksyjnym stylu, zwraca naszą uwagę na rzeczy naprawdę ważne. Zapraszamy do lektury!

W ubiegłą sobotę do biegowej składani wrzuciłem albumy Comy. Mam do tej formacji duży sentyment. Zostawili mi kilka dobrych wspomnień…oraz zapewne niewielki ubytek słuchu; koncerty, na których byłem, miały świetną transfuzję dźwięku z pomarańczowych kolumn do czerwonych uszu. Na jednym z albumów – Hipertrofii – znajduje się kawałek o wdzięcznym tytule Lśnienie (zasadniczo nie ma nic wspólnego z powieścią Kinga). Właściwe dla tekstów grupy (z miasta miłości Pana Andrzeja Wajdy) jest to, że liczba interpretacji równa się ilości słuchawek podzielonej przez dwa. Nie szukałem oficjalnej wersji – pewnie nawet jej nie ma. I to jest pięknie tragiczne. Tak czy inaczej, wydaje mi się, że Pan Piotr śpiewa po prostu o bezsensie; o prześwietlonym świecie, któremu trzeba nadać sens. Wrażliwości mamy różne. Zachwycamy się mnóstwem rzeczy, każdy w sposób sobie właściwy. Co innego wzbudza w nas pasje czy radość. Co innego kontemplujemy. Tylko no właśnie, co i dlaczego? Bo (pytam sam siebie) kiedy ostatnio zachwyciłem się klatką z dnia codziennego. Tak sobie myślę, patrząc na swoją codzienność, że gdzieś mi z tyłu została kontemplacja parującej kawy. Zapach pomieszczenia, do którego wchodzę. Plamka na tęczówce osoby, z którą rozmawiam. Siwy włos na kruczoczarnych włosach. Uśmiech Maryi na obrazie w Kaplicy. Widzieć, ale nie zobaczyć. Słuchać, ale nie usłyszeć. W imię wrażeń, pod sztandarem zatrzymania się na chwilę, poszukujemy/szukam szczególnych wrażeń estetyczno-akustycznych. Prześwietlona rzeczywistość. Moja mama, kilkanaście lat temu pracując w szpitalnym rentgenie wywoływała zdjęcia w odczynnikach chemicznych. Poważnie. Pamiętam do dzisiaj jej popękane dłonie. Dla mnie popękane. Do rzeczy. Prześwietlone zdjęcie to takie, na którym – dobrze wiemy – nie widać wyraźnie obiektu. Tło niejako wchodzi na pierwszy plan. Ostatecznie wychodzi z tego, produkt nieostry. Produkt, który stracił skupienie na tym, co starał się uchwycić. I to chyba tak trochę teraz jest, że rzeczywistość prześwietla pierwszy plan. To co się rzuca w oczy jest pomijane. Przedmiotowe życie – od a do b. Intencja nie jest ważna, motywacja schodzi na dalszy plan. Zasadniczo im bardziej widać, tym lepiej, bo się nie ominie. Co się nie ominie to się sprzeda. Bo być tu i teraz sobą to trudne jest. I nie mam na myśli postępowania zgodnie z własnym przekonaniem – to jest oczywiste. Raczej nad świadomością siebie w przestrzeni i samej przestrzeni. Żeby się zapytać co widzę, co słyszę, co to we mnie robi. Jakie jest to co trzymam w dłoniach, jaki jest smak powietrza, którym oddycham. Jaki jest kolor nieba. Serio…czy jesteś w stanie powiedzieć coś więcej o dzisiejszym niebie, niż to czy padało i było szaro? Jasne zabieganie itd. Ale serio, czy świat już nie wystarcza? Czy trzeba go na siłę prześwietlać, dopakowywać w codziennym fotoszopie, by usłyszeć jak dzisiaj gra? W tekście pojawia się entropia. W naukach ścisłych jest to poziom rozproszenia, nieuporządkowania cząstek. Im większa entropia tym większy galimatias. Im większa entropia serca, tym teoretycznie więcej się widzi, ale mniej się dostrzega. Nie dostrzega się tego co istotne. Bycia w tym miejscu, w tym czasie, z drugim człowiekiem i samemu…stale w obecności Boga. Prześwietlony świat, to świat, któremu nadaje się sens – to codzienność przeżywana, bez świadomości kroczenia z Bogiem. Bez szukania go w drugim człowieku, w obowiązkach, w przyjemnościach, w naturze itd. itp. Kontemplacja doznań, jest kontemplacją z przepasanymi oczyma. Entropia codzienna, napełnianie siebie doznaniami, które są rozproszone, które nie nasycają, które są bandażem pod otwartą raną pragnienia doświadczania – po prostu – miłości. Myślę sobie o Jezusie; o tym jak on widział świat. Zdecydowanie prześwietlony. Szedł sobie wśród ludzi, gwaru, oczekiwań, pragnień, lęków i tęsknot. Świątynnego krzyku i tłoku. Ale chyba widział więcej – na pewno widział. Na dziedzińcu było dużo ludzi, wszyscy wymieniali monety. Kupcy, usługi itd. jak na Moście Karola w lipcowe południe. I zobaczył jakąś kobietę, która wrzuciła dwa pieniążki. Widział i zobaczył…i się zachwycił bo odczytał to, co jest takie proste, a jednocześnie takie wielkie. Pomysł na popełnienie tej kartki wpadł mi przypadkiem; jako wyrzut. Stałem na plaży, gdzie przygotowywały się do pływania morsy. Popatrzyłem na ich twarze pełne ekscytacji, szybko wymieniane zdania, ocierane dłonie, pocałunki wymieniane z drugimi połówkami. Na słońce, które oświetlało pas wody blisko brzegu. Na ptaki, którym tak trochę się nie chciało po tym niebie fruwać. Na powietrze, które było mieszanką arktycznej świeżości i fabrycznego węgla. Czuje, że Pan Bóg był tam. Jakoś na to patrzył i cieszył się tym co stworzył. Wystarczyło mi to. Sądzę, że to może wystarczyć.

 

Mój pierwszy rektor (który bardziej niż przełożonym to ojcem był), w czasie wspólnego wędkowania powiedział mi – rzecz zapewne oczywistą – że cisza jest lekarstwem na brak zachwytu. Wtedy to przyjąłem, zapisałem sobie w mądrościach. Teraz zaczynam to rozumieć.

Jacek S.

fot.: unsplash.com

 

Zostaw swój komentarz

© 2020 Blog PWSD w Gnieźnie "Powołani". Wszelkie prawa zastrzeżone.