Przemyślenia filozofa-amatora: „O burzach wszelakich”

 

Ile razy myślałeś, że nic nie jest w stanie tobą zachwiać? Ile razy stałeś na szczycie góry, patrzyłeś w dół i nie przerażał cię widok? Ile razy wyciągałeś ręce w geście triumfu? Ile razy miałeś odczucie, że każdy wdech świeżego powietrza jest nagrodą za trud? Ile razy czułeś się spełniony, zaspokojony, szczęśliwy? Ile razy przeszło ci przez głowę, że skoro jest dobrze, to nie ma prawa stać się coś, co miałoby ten stan rzeczy zmienić? Ile razy wszystko się po prostu waliło jak domek z kart, kiedy wykonywałeś jakiś niepotrzebny ruch? Ile razy upadałeś? Ile razy wstawałeś? Wreszcie, ostatnie pytanie, ile razy widziałeś w tym wszystkim Boga?

Nie jesteśmy herosami, to prawda. Żaden z nas idealnym się nie urodził, nikt nie posiada recepty na szczęśliwą egzystencję, a nawet jeśliby takową posiadał, to może ją sobie wziąć za nic, ponieważ odzierała by z pewnej istotnej cząstki. Jakiej? Wyobraźmy więc sobie, że żyjemy na 50 procent, że jesteśmy wspaniali, radośni, kochani, uwielbiani, i tak dalej, i tak dalej. Czy potrafilibyśmy to docenić? Spójrzmy więc z drugiej strony. Widzimy człowieka smutnego, grzesznego i zgorzkniałego przez ciągłe niepowodzenia – równia pochyła w dół. Brzmi ciut nihilistycznie, prawda?

Zauważmy, ze  nasze życie, to suma sukcesów i porażek, wzlotów i upadków, radości i smutków, doświadczenia miłości Boga, ale też ciemności grzechu. Żeby osiągnąć sukces, trzeba zwykle ponieść sromotną klęskę, żeby się podnieść, trzeba odbić się od dna. Wreszcie, żeby doświadczyć całkowitej, bezgranicznej miłości Boga, trzeba spojrzeć w górę, w niebo, i uznać, że jest się słabym.

Tak bardzo chcemy być szczęśliwi. Tak bardzo się nakręcamy, wmawiamy sobie radość, fałszywie uśmiechamy się do samych siebie, udajemy, że wszystko jest w porządku, a w środku, w nas, wszystko krzyczy. Staramy się o tym nie myśleć, ignorować ten hałas, ale im mocniej staramy się go zagłuszyć, to tym silniej się wzmaga. Przychodzi więc taki moment, kiedy każda komórka naszego ciała mówi: dość! I kiedy czujesz się bezsilny, bezradny, roztrzęsiony, jedyne, co potrafisz wyartykułować, to: „Panie, ratuj!”, wtedy przychodzi pomoc.

Możemy bić się z myślami, że tak być nie powinno, że powinniśmy być zaprogramowani tylko na szczęście, że nie powinniśmy doświadczać grzechu, że nie powinniśmy upadać. Rzeczywistość jest  jednak skrajnie odmienna od naszych wyobrażeń. I to jest wspaniałe.

Pisząc ten tekst, mam przed oczyma obraz namalowany przez Paula Brilla i Annibale Carracci’ego pt. „Chrystus kroczący po jeziorze”. Dzieło to zawsze wywołuje we mnie pewne emocje, za każdym razem, gdy na nie spojrzę. Zachwyca mnie dynamizm, głębia barw, łódź miotana falami, strach w oczach Piotra, gdy idzie do Jezusa po wodzie. No właśnie. Strach.

W naszym życiu przeżywamy wiele burz. Może ktoś z nas ostatnio czuje się jak łódź z tego obrazu. Ma świadomość, że nie jest sam, że są wokół inni, którzy pomagają utrzymać się na powierzchni, lecz woda gwałtownie wlewa się to przez lewą, to przez prawą burtę. Pytanie, czy  chce walczyć? Czy ma jeszcze siłę? Czy pozwoli, żeby żywioł go pochłonął?  Pocieszające, że po burzy zawsze nastaje cisza. Warunkiem usłyszenia, zakosztowania tej ciszy jest przeżycie sztormu. Wracając do obrazu Brilla i Carracci’ego, zauważmy, że prawa strona obrazu utrzymana jest w cieplejszych kolorach. No właśnie, po nocy przychodzi dzień, po ciemności, światło, po burzy, cisza, po smutku, radość. Może trochę żartobliwie, ale nawet Cugowski wespół z Urszulą o tym śpiewali w jednej z piosenek!

Cóż można więcej napisać? Chyba nic, oprócz małej zachęty. Odwagi, nie jesteś sam! Nie byłeś i nigdy nie będziesz, o czym pisałem w poprzednim tekście. Szkoda tylko, że tak często sobie tego nie uświadamiamy i kolokwialnie mówiąc „kopiemy się z koniem”.  A ciebie, który to czytasz, proszę o modlitwę w intencji filozofa-amatora.

Marcin M.

„Chrystus kroczący po jeziorze”

Zostaw swój komentarz

© 2020 Blog PWSD w Gnieźnie "Powołani". Wszelkie prawa zastrzeżone.