PAN BÓG I ROWER. ŚWIĘTY WOJCIECH I ROWER. POWOŁANIE I ROWER?

 

Dobiegły końca Uroczystości Odpustowe ku czci św. Wojciecha, na które przybyło wielu pielgrzymów z całej Polski. Jako refleksję po odpuście oddajemy w Wasze ręce artykuł Pawła, który dzieli się swoimi przeżyciami i opowiada nam jak to rowerowa pielgrzymka do Gniezna odmieniła Jego życie.

 

Zastanawiasz się co może mieć wspólnego zwykły, pospolity rower z wiarą? Nie za bardzo Ci się to składa w jedną całość? Rower to dla mnie coś więcej niż środek lokomocji czy przyrząd służący do rekreacji, uprawiania sportu.  Chcę Ci pokazać, a może też i przekonać nieprzekonanych, że na rowerze można dotrzeć, „DOJECHAĆ” do Pana Boga.

Pierwsze skojarzenie tego pojazdu w moim życiu wiążę z… moją mamą. Tak, dlatego że gdy jechała na zakupy do miasta, czy w odwiedziny do rodziny, znajomych, wyprowadzała z garażu swój rower i mnie najmniejszego, najmłodszego syna wkładała w wiklinowy koszyk, który znajdował się na kierownicy. Starsi bracia mieli już swoje rowerki, więc podróżowali sami. I tak z wiatrem we włosach, a miałem je swego czasu do ramion, pokonywałem pierwsze kilometry niczym król, wieziony przez mamę. Dziś wiele się nie zmieniło, moja mama nadal dużo jeździ rowerem. Bardzo to lubi. Zmieniło się może tylko to, że w koszyku już nie wozi małej kuleczki, czyli mnie, a torebkę i wspomnienia z tamtego czasu.

I Komunia święta, 12 maja 2002 rok, to jeszcze czasy, gdy najlepszym prezentem był… rower. Najbardziej pożądanym, chyba najbardziej wartościowym. I ja taki gift (prezent) otrzymałem od ojca chrzestnego. Nie byłem zbyt zadowolony, bo miał metalowe błotniki, a mi marzyło się coś bardziej wypasionego, sportowa maszyna. Mówi się trudno. Jednak mam z tym rowerem dobre wspomnienia. To właśnie tą „maszyną” jeździłem do Wrześni do kościoła na służbę jako ministrant. Rodzice pracowali, więc nie zawsze mogli mnie zawozić. Tak wypracowywałem w sobie w pewien sposób wytrwałość, odpowiedzialność za siebie np. na drodze, uczyłem się niezależności.

Wymarzonego dwukołowca dostałem od rodziców na koniec szóstej klasy szkoły podstawowej za – jak to mama mówiła – dobre wyniki w nauce. No fakt, słabych ocen nie było. Tu już sam wybrałem czym będę jeździć. Niebieski „góral”. Podczas jazdy próbnej, czułem jakby sam jechał. To na nim wybierałem się w dłuższe przejażdżki do Kołaczkowa, Pyzdr, okolicznych miejscowości.

To w końcu na nim pielgrzymowałem do Gniezna na odpust św. Wojciecha w pierwszej klasie gimnazjum. Wyjazd o 6. 00 spod kościoła z panem Janem, kościelnym i wielkim pasjonatem rowerowych wycieczek. Wyobraź sobie, że pan Jan w ciągu roku potrafił przejechać kilkanaście tysięcy kilometrów, mimo już wtedy słusznego wieku. To był mój jedyny raz na odpuście w Gnieźnie. Pamiętam procesję. Wszystko wydawało się tak olbrzymie. Ulica Tumska, plac św. Wojciecha, procesja tak długa. Szliśmy i szliśmy. Pamiętam kard. Stanisława Dziwisza, który z uśmiechniętą miną nam błogosławił, pozdrawiał. Pomyślałem wow, to już coś. Spotkałem człowieka papieża, który ocierał się o świętość. Swoją drogą w czasie wykładów z duszpasterstwa rodzin mogłem zobaczyć jak sam Karol Wojtyła śmigał po górskich dróżkach na swoim rowerze w stylowych okularach przeciwsłonecznych. Suma odpustowa, a po niej obiad. Jedliśmy kanapki nad „Wenecją” (jezioro Jelonek, obok katedry), na ławce. W życiu bym nie przypuszczał, że za parę lat, będę te miejsca znał już jak własną kieszeń, że tu będę się modlił, mieszkał, uprawiał sport. 70 km w ciągu jednego dnia (mieszkałem pod Wrześnią, więc stąd ten wynik). Duma.

W 2013 roku, gdy zamiar o pójściu  do seminarium był już bardzo poważny, pomyślałem: trzeba pojechać do Częstochowy, do Matki. Jej zawierzyć swoje życie i spytać się czy to na pewno dobra opcja dla mnie. Pracowałem wtedy, więc na pieszą pielgrzymkę nie miałem tak wiele czasu. Była jednak 4-dniowa rowerowa, organizowana w par. św. Kazimierza Królewicza w mojej ukochanej Wrześni. Wyruszyliśmy, świetny czas, ludzie, krajobrazy, pogoda. Ale gdzie potwierdzenie którędy iść? Znak pojawił się w Wieluniu. Po noclegu żegnamy się z siostrą zakonną, która życzy nam szerokiej drogi i prosi, by się modlić o powołania. W tym momencie jedna z uczestniczek, pani doktor (pozdrawiam serdecznie) spojrzała dość wymownie na mnie i powiedziała: Kto wie, czy z nami nie jedzie jedno z nich. Nie zdradziłem się do końca pielgrzymki, że „coś” czuję. Nie miałem tyle odwagi i pewności. Jest to jednak sytuacja, którą mocno zapadła mi w pamięć.

15 sierpnia 2013 wybrałem się wraz z grupą kolarzy amatorów do Lichenia, do sanktuarium maryjnego. To był mój już taki pożegnalny wyjazd w większej grupie cyklistów. 160 km. Czas: 6 godzin, to było coś. Na drugi dzień stawiłem się w pracy, mój szef nie mógł uwierzyć, że wybrałem się razem z nimi. Jeden dzień, nogi jakby same niosły, zapodawały coraz szybsze tempo. Niesamowite uczucie, gdy słyszysz dźwięk cieniutkich oponek, sunących po rozgrzanym asfalcie. Schowani jeden za drugiego, nogi niczym stal, wyrzeźbione niczym dłutem stolarza. Wydawało mi się, że mógłbym tak bez końca. Mega ekscytacja, o to mi chodziło. Tego szukałem. Pasja, to lubię.

Jednak każdy etap życia jak w wyścigu kolarskim, na którym dziś raz po raz triumfuje Rafał Majka czy Michał Kwiatkowski, kiedyś się kończy. Trzeba się przenieść na inną trasę, zmienić grupę, a później skończyć karierę. Rower i ludzie pasjonujący się nim, niejako podprowadzili mnie pod wyścig, którego stawką jest spełnione, szczęśliwe życie. A ono oznacza dla mnie dawanie siebie Bogu i innym ludziom. Takim jak ja, a może i dużo lepszym. Podprowadzili mnie pod bramę seminarium. I za to im wielkie DZIĘKI!

Pablo

        

 

Zostaw swój komentarz

© 2020 Blog PWSD w Gnieźnie "Powołani". Wszelkie prawa zastrzeżone.